RAJD PEŁNIA '08

18.04.2008 18:05
Komandosi Ukryci Pośród Awokado po raz pierwszy mylą drogę.
Pierwszy i nie ostatni.

Nasz pięcioosobowy patrol (Jaś, Domine, Prałat, Suz i Łacwik-Gej) wyruszył o 18 z Chechła II. Ku naszemu zdziwieniu, mogliśmy zostawić część rzeczy w plastikowych workach, które organizatorzy mieli przetransportować do obozu. Co prawda nie do końca bezinteresownie, ale.. o tym później.
Jak już przeczytaliście, zaczęliśmy trasę od drobnej wpadki.. ale zupełnie nas to nie zniechęciło. Znaleźliśmy się już po chwili i ochoczo szliśmy dalej, dopóki nie zobaczyliśmy dziwnej postaci zwisającej z drzewa. Rozwiązaliśmy go, oczywiście (przecież tak ładnie o to prosił) licząc na zadanie. Ale on założył plastikowe zęby, porzucał się, popluł i zniknął w lesie. Za tą scenkę Kubie Golewskiemu zdecydowanie należy się szacunek. Dalej poszło gładko, do następnego punktu (na którym Prałat popisał się zmysłem deszyfratora) dotarliśmy całkiem szybko. Jednak prawdziwa zabawa miała zacząć się z zachodem słońca.. Droga przez las oświetlona światłem księżyca, dziwne odgłosy dochodzące z różnych stron... Tak właśnie wyglądała dalsza część Pełni. Co pewien czas zatrzymywaliśmy się, spodziewając się ataku wilkołaków... jednak nic takiego się nie zdarzyło.
Jakiś czas później natknęliśmy się za to na dziwny cmentarz. Zatrzymali nas tam grabarze Wojtek Zakrzewski i Bartek Józefiak (w czapie stylizowanej jak nic na Jakuba Wędrowycza) i sprawdzali naszą logikę. Na tym punkcie poradziliśmy sobie naprawdę dobrze. W nagrodę za rozwiązane zagadki dowiedzieliśmy się, że w grobach po obu stronach drogi pochowane są... nasze bagaże, które zostawiliśmy na starcie! Mieliśmy jedną szansę żeby wytypować nasz kopczyk, jednak spudłowaliśmy. Może to lepiej, przynajmniej nie musieliśmy taszczyć wszystkiego przez pół drogi...
Chociaż organizatorzy zapowiadali walkę z siłami zła, około drugiej nad ranem prawdziwym wrogiem okazało się zmęczenie. Na szczęście z pomocą przyszły nam czekoladowe batony i jęki Piotrka Dominiaka ('Znowu się zgubiliśmy! To znak od Boga, czas na refleksję. Wracajmy!) Gdybyśmy nie pokładali sie wtedy ze śmiechu (dzięki, Domine!) i gdyby nie Jasiek, który popychał nas do przodu, poszlibyśmy na skróty do obozu. Wreszcie po czwartej nad ranem usłyszeliśmy dobiegające z niedaleka krzyki. Dzięki Bogu pochodziły one z obozu, do którego dotarły już dwa patrole. Nareszcie mogliśmy usiąść (co za ulga!) i zdjąć buty. Od tej pory niewiele nas obchodziło i pewnie spalibyśmy do późna, gdyby nie powódź która nawiedziła nasz namiot około siódmej. Ściany namiotu prawie się złożyły, woda wlewała się do środka... Kiedy okazało się że zupełnie nie mamy się gdzie wysuszyć, zdecydowaliśmy się wracać do domu. Tak, poddaliśmy się. Pogodzie. W końcu kto chciałby spędzić dzień i noc w wiecznie mokrych ubraniach?
Podsumowując: wielu mogłoby narzekać na rajd. Że pogoda nie taka, że go nie ukończyliśmy... Ja jednak nie mam takiego zamiaru. Naprawdę dobrze się bawiłam (mam wrażenie że reszta patrolu również), a chodzenie po lesie w takiej atmosferze i z taką ekipą było naprawdę fajnym doświadczeniem. Mam nadzieję że na następnym nocnym rajdzie pogoda (albo jakość namiotów) dopisze i będzie jeszcze lepiej.

Łowcy wilkołaków pozostają czujni.

Suz A Rh+