Relacja z HALu Kopernica 2008 - turnus I

Naszą wspólną przygodę rozpoczęliśmy 30 czerwca.
59 uczestników i 13 osób kadry ( komendant: Krzysiek ‘Leon’ Lenica z żonką Marleną i synkiem Stasiem, KWŻ: Morus i Stasiek, bosman: Brzoza, oraz kadra pomocnicza w składzie: Monika, Ola Zetka, Aga, Ol, Gilu, Jasiek, Studź i ja - Dośka ;) ) punktualnie stawiło się na zbiórce, więc zaraz po odczytaniu listy i załadowaniu bagaży mogliśmy ruszać w drogę...

Podróż minęła szybko i spokojnie. Na miejsce dotarliśmy w porze obiadowej, dlatego też zaraz po wyjściu z autokarów i odliczeniu się podążyliśmy na posiłek. Resztę popołudnia wykorzystaliśmy na rozstawianie namiotów i zakwaterowywanie się w nich :) . Kolejnych kilka dni poświęciliśmy na budowanie kei, bramy wejściowej i przygotowywanie placu apelowego. Tematyką turnusu była telewizja i film, dlatego nasz podobóz nazwaliśmy Studio filmowe Saint Malo. Gdy już wszystko było gotowe, odbył się uroczysty apel inauguracyjny. Nareszcie mogliśmy rozpocząć prawdziwe, obozowe życie.

Pobudki odbywały się o godzinie 7:00 (w niedziele wysypialiśmy się do 8:00!). Pomagała nam w tym nasza kochana trąbka sygnałowa (której dźwięku długo nie da się zapomnieć) oraz nasze silne, donośne głosy ;) Każdego dnia po tym sygnale wszyscy musieli wstać, stawić się na zbiórkę do mycia, następnie posprzątać w namiocie i przygotować się do apelu. Równo o godzinie 8:00 podnoszona była bandera na maszcie i wybijane 4 szklanki. Po części oficjalnej (na której był również odczytywany rozkaz) przychodził moment na wystąpienie „raportów karnych, chorych, rannych, niewyspanych i niedokolebanych” itd. :-) . Zazwyczaj cieszył się on dużym zainteresowaniem i osób na środku było całkiem sporo. Szybko okazało się, że każdy problem można rozwiązać, a sposobów na „karniaczków” mieliśmy szeroką gamę. Najczęściej egzekwowane było chyba mydełko, które niewielu osobom smakowało... Po apelu przychodził czas na pyszne śniadanko... po którym można było wyjść w końcu na wodę. W pierwszych dniach komendant (Leon) i KWŻ (Stasiek i Morus) przydzielili załogi do sterników i łódek. Zapewne nie każdy trafił tam gdzie chciał, ale takie jest życie... :)

Oprócz codziennego pływania po naszym akwenie mieliśmy również inne, ciekawe zajęcia. 6 lipca odbyła się olimpiada sportowa. Każdy mógł wziąć udział w którejś z konkurencji. Dużym zainteresowaniem cieszyła się walka polegająca na zepchnięciu przeciwnika do wody, za pomocą specjalnie przygotowanego kija. "Nasz podobóz niewątpliwie najlepiej wypadł na punkcie, na którym trzeba było w ciągu minuty zdjąć z siebie jak największą ilość ubrań (może dlatego, że nikt więcej się na nim nie stawił :-) ) Niesamowite, jaką ilość rzeczy można na siebie założyć na raz (a potem zdjąć) Najwięcej śmiechu i zabawy było przy „ręczniko-siatce”. Wszyscy zawodnicy po meczu wracali cali mokrzy, jednak nie stanowiło to dla nikogo problemu. Nasi uczestnicy odnieśli w olimpiadzie mnóstwo sukcesów, które później zostały hojnie nagrodzone na apelu kończącym igrzyska.

Trzy dni później czekała nas kolejna niespodzianka, jaką był wyjazd do Chojnic. Najpierw bawiliśmy się w aquaparku, a po południu mieliśmy chwilę dla siebie. Jedni buszowali po sklepach, inni spędzili czas w pizzeriach lub kawiarniach. Gdy już każdy zrobił zapasy słodyczy na kolejne dni, wróciliśmy do obozu.

12 lipca mieliśmy kolejne dwie atrakcje. Od rana popłynęliśmy na rejs do Charzykowy, a wieczorem odbył się festiwal. Żeglarze wykazali się ogromnym talentem, którego jednak jury nie doceniło. Przedpołudniowa, jednodniowa wycieczka na drugi koniec jeziora była dla nas sprawdzianem przed kolejnym, tym razem już trzydniowym rejsem, na który wyruszyliśmy 14 lipca. Jego trasa biegła przez jeziora: Charzykowskie, Długie, Karsińskie i Łąckie. Musieliśmy również „pagajując” pokonać odcinki rzeki Brdy. Każdy postój mieliśmy w malowniczym, niepowtarzalnym miejscu. Na szczęście pogoda nam dopisała. Wróciliśmy zmęczeni, ale w dobrych nastrojach.

Dwa dni przez zakończeniem turnusu Neptun uznał, że nadszedł czas, by ochrzcić nasze „szczury lądowe”. Najpierw tryton zwołał wszystkich na zbiórkę. Tam uczestników dopadły z krzykiem groźne diabły z trzcinowymi biczami w rękach. Zagoniły wszystkich nad brzeg jeziora, gdzie czekali już kucharze ze „smakowitą” miksturą. Nie wolno było jej wypluć, co niektórym sprawiło dość dużo problemu. Kolejne było stanowisko fryzjerów, którzy doskonale znali się na swoim fachu. Przy pomocy nowoczesnych odżywek każdemu zaprojektowali na głowie oryginalną i niezwykle trwałą fryzurę. :) Dalej znajdował się salon masażu. Wygodne łóżko obsypane szyszkami aż kusiło by się na nim położyć, a gdy ktoś był niezdecydowany, masażyści ochoczo mu pomagali. Profesjonalnie rozluźniali mięśnie za pomocą odbijaczy do łódek i prądu. O dziwo, nie wszystkim podobały się te zabiegi. Gdy już wszyscy odwiedzili każdą ze stacji, uczestnicy udali się na keję, aby poprosić Neptuna o przybycie. Po kilku minutach nawoływań, z trzcin wypłynęła piękna biała motorówka z królem mórz i jago żoną na pokładzie ;-). Neptun wyglądał dość oryginalnie w swojej złotej koronie i kolorowych okularach przeciwsłonecznych. Jego żona, Prozerpina przepięknie prezentowała się u jego boku. Każdy otrzymał nowe, żeglarskie imię. Niektórym trzeba było wytłumaczyć, co ono oznacza, dlatego przy zejściu z kei stały dwie wróżbitki, które rozwiewały wszystkie wątpliwości. Ogólna wesołość sprawiła, że pod koniec chrztu wszyscy znaleźli się w jeziorze :). Później nie pozostało nam nic innego, jak ustawić się w dłuuuuuuuuuugiej kolejce pod prysznic.

Turnus zakończył się niezwykle szybko. W ostatnich dniach, szkolący się na patent żeglarza jachtowego podchodzili do egzaminu. Większości się powiodło, czego szczerze im gratulujemy. Przed wyjazdem, podsumowując turnus, nagrodziliśmy wzorowych uczestników i nadszedł czas, by pożegnać się z tym pięknym miejscem... Gdzie ja i Stasiek zostaliśmy na następne trzy tygodnie :).

P.S. Zdjęcia z tegorocznej Kopernicy są dostępne w Galerii!